Są w życiu rzeczy ważniejsze od troski
Poranek rozlewa się odcieniami szarości, ludzie parują, a ja tłumiony niewyspaniem miarkuję złość na niewydolną komunikację miejską. Tak wczesna pora wprawia w otępienie i zdaje się być tęgim obuchem utrzymującym w ryzach nieśmiałe przejawy radości. Tak wczesną porą nikt się uśmiecha, wszyscy ziewają. Drżące z zimna powietrze drażni rozgrzane wspomnieniem snu twarze. Słowa się cofają, marzenia kostnieją, przystanki beztrosko znikają za autobusową szybą.
Przechodnie błąkają się bez celu, dobierając do swoich kroków błahe ideologie. Zawsze wierzyłem, że jedynie ważki powód jest w stanie wyrwać człowieka z okowów snu w porze wręcz spartańskiej. Tak też regularnie, by nie rzec poddańczo, wakacyjny dzień w dzień kląłem w duchu na budzik bezosobowo wzywający do pracy. Poznawałem wątpliwe i jak najbardziej zaprzeczalne uroki budzącego się miasta. Chłonąłem widok spieszących w każdą stronę już-za-moment-pracowników, póki co dryfujących myślami gdzieś naprawdę daleko. Dzień po dniu podziwiałem dziewiczy magnetyzm zamkniętych stoisk tunelowych ze szczególnym uwzględnieniem niby-piekarni opętańczo buzujących ciepłem świeżych wyrobów. Wszystko to jednak (może poza konsumpcją rozmaitych napoleonek, kokosanek i eklerów) przesłaniał mi cel pożądany i utęskniony.
Spieniężywszy chwilami przygnębiające znoje, oddałem się przeżyciu ocierającemu się o ekstatyczny absolut. Zatracałem się w najpiękniejszych oczach świata niebotycznie ponad poziomem morza trosk. Górskie krajobrazy dzieliłem z prywatnym bóstwem, budziłem się we własnym niebie i współobalałem niemoc słów blednącą przy rzeczywistości.
Jeśli więc teraz zaziewuję się w chyboczącym się środku transportu to bynajmniej nie z powodu czekających mnie zajęć, a ze szczerej tęsknoty. Za rajem na rok utraconym.
qrczako 2007-10-06 00:02:34
skomentuj (10)
One shade the more, one ray the less
W późnych godzinach nocnych przestaje prószyć śnieg, magiczna aura wietrzeje, a bogowie schodzą na ziemię. Muszę przyznać, że z tej upodlonej perspektywy, miałkie problemy piętrzą się wręcz przytłaczająco. Jak tu wziąć się w garść, skoro ręce opadają?
Lokalna, zniedołężniała komunikacja pozwala mi poznać ponure zakamarki irytacji. Szczere chęci nikną w ulicznych korkach razem z rozległą wiedzą zamkniętą w lapidarnych notatkach. Godziny nauki, kwadranse drogi ze wzorami w dłoniach i minuty testu z duszą na ramieniu przyjdzie mi jeszcze poprawić. Dostatecznie upodlony niedostateczną wiedzą, powielam pozbawiony sensu schemat mądrego Polaka po szkodzie, czyniąc odpowiednie postanowienia. Nigdy nie wierzyłem w te przesądne deklaracje, natomiast w nonsens- zawsze, toteż mam pewne widoki na powodzenie.
Nie mogąc doszukać się szekspirowskiej metody w tym paskudnym szaleństwie, oddałem się w kojące ręce wcielonego uniesienia, by na powrót beztrosko gonić wiatr, brodzić w tajemnicach i polować na wiatraki.
qrczako 2007-02-09 02:02:19
skomentuj (10)
Szczęście malowane na brązowo
Chroniczny brak czasu wbija w ziemię. Budząc się w pełnym biegu, wyskakuję na koktajl bananowy. Życie jest od tego, by cenić drobne rozkosze. Spijać oddech, chłonąć spojrzenie, drżeć z uśmiechem. Problemy marnieją, rzeczywistość uczy się żyć. Przeźrocza natchnione ogromem bezimiennych emocji, ugwieżdzone magią wyjątkowości topią codzienne błahostki. Cisza pełna wymownych gestów gasi niepokój. Piękno do spółki z gracją subtelnie chylą czoła przed prostymi oznakami radości. Marzenia wiszą w powietrzu, więc sięgajmy po nie łapczywie.
qrczako 2006-11-20 02:12:25
skomentuj (6)
Studia na wynos
Zły dzień z definicji. Przekorny deszcz wykorzystuje błędne prognozowanie. Pal licho włos opadem zmierzwiony. Do diabliska z przemoczoną odzieżą wierzchnią. Bo to dolegliwości znikomego kalibru. O szybsze tętno i zgryz zwarty przyprawia mozolna wędrówka uczelnioznawcza po schodach, budynkach i katedrach. Wszak każdy może enigmatyczne szlaczki na rozkładzie zajęć umieścić. A tylko aspirujący do tytułu zaradnego studenciaka chłopina jest w stanie po dwóch kwadransach w pocie czoła wkroczyć pod wskazaną salę. Jest w tym świecie jakieś szachrajstwo, które w ustalonym czasie obraca cały świat przeciwko każdemu człowiekowi. Dziś najwyraźniej moja kolej. Bo jak się, kurczaki, liczyło logarytmy?!
Idąc dalej, moja ślepota zaczęła doskwierać na wykładach w audytoriach. Nauczka, co by najbliżej siadać, nie równa się nawet odkryciu tylu pikantnych złorzeczeń na grubymi nićmi szyty los. Hultaj chce igrać, ale nie wie, z kim zadarł. Rzuca mi analizy matematyczne pod nogi, podcina skrzydła fizyką, ale wtorkowa humanistyka dla inżynierów to moja straż przyboczna. Przynajmniej tak mi się wydaje.
qrczako 2006-10-02 23:15:49
skomentuj (13)
Ponura kałuża
Płuca rzężą jesienią. Nasilające się kichnięcia dają mi subtelnie do zrozumienia, że koniec tego dobrego. Tracę wakacje. Zmarnowane nieskończenie, jednak nie do końca. Pierwsza poważna praca nie zasłużyła na swoje wyniosłe imię. Zabawne połączenie miotły z krawatem wrzucone w kalejdoskop narzekań i niezadowolenia. I szumnie wypracowana raczkująca samodzielność.
Budzę się duszony beznadzieją niedokonanych wyborów. Okaleczony upodleniem, uśmiecham się cynicznie do świata przez zaspane oczy i zmywam senną niepewność udawanymi zamiarami.
Jest jesień, świat nieodpowiedzialnie traci barwy, jałowieje. Nie da się go pokolorować kredkami utraconego dzieciństwa, wijącego się w słabnącej pamięci, ale przecież można spróbować. Nie jest ważne, orzeł, czy reszka. Ważne, kto rzuca monetą.
qrczako 2006-09-27 01:12:10
skomentuj (8)
pokrótce
Są powody, dla których nocne powroty do domu przypadły mi do gustu.
Latarnie dziurawią mrok, barwiąc świat żółtawą poświatą bezkrytycznej akceptacji. Szept zaspanych myśli nie cichnie w skwierczącym autobusie. Mglista aura nasiąka niepewnością. Z ulicą sam na sam szukam swojego
Cheshire, swojego
Neverland. Kohorta zbłąkanych gwiazd przywodzi na myśl miliony najlepszych filmów, których nigdy nie zapamiętam i nauczkę, której nie zapomnę. W zdradzieckim blasku księżyca znika wstyd, pojawia się transcendentalny głód życia i powstają bogowie. Nie najgorszy sposób na
przedsenny kwadrans, prawda?
qrczako 2006-08-18 02:04:25
skomentuj (21)
Słowotok śpiącego burczymuchy
W autobusach tkwi jakiś usypiający fatalizm. Przypadkowa kompozycja konwulsyjnych drgań szyb, bezbarwnych podskoków ponad wertepami na pooranych natężeniem ruchu drogach i bezlitośnie monotonne dźwięki pasażerów, w których dogasają koszmarne prześwity nicości, bezwiednie tworzy drogową kołysankę. Mrużąc oczy między kolejnymi przystankami, tłumaczę się przed sobą w głośnej ciszy poranka. Zakorzeniona we mnie rozbestwiona krzyżówka pogardy i egoizmu niepodzielnie rządzi tak w głowie, jak i w trzewiach. Drzemiąc w wulgarnym fotelu komunikacji miejskiej, uczę się zapominać. Na szczęście mam bilet miesięczny.
Pan magister farmakologii ubrany w aptekę rozwiał me marzenia o cudownym leku na niepoprawność. Zmysły odchodzą w zapomnienie zupełnie bez powodu. Przestańcie szukać, to w końcu was znajdzie. I budźcie się przystanek wcześniej.
qrczako 2006-07-20 01:08:39
skomentuj (6)
Dwa.
Wszystko zaczyna się na plaży. Skóra skropiona morską wodą i obtoczona w piaskowej panierze przesiąka zapachem wakacyjnego wypadu. Błogostan umiejscowiony między pasem oskubanych wydm, i przystrojonych glonami fal skalany jest jednak dwoma bezwzględnymi zmorami. Czyhającym na nieuwagę turyścin Słońcem, barwiącym negliż ramion, pleców, a nawet całych ciał na indiańską czerwień i małym, wiecznie zbrązowiałym plażowiczem, który w swej wadzie i bez opieki rodziców dręczy spragnionych odpoczynku już trzeci rok z rzędu delirycznymi wywodami, półsłówkami i obecnością.
Plaża się kończy, uporczywy przykurcz znika wraz z odjeżdżającym tramwajem, jednak Słońce zdążyło zaszyć przenikliwe promienie wszędzie, gdzie zabrakło cienia rozgrzanej koszuli. Przekleństwo kolejnych nocy trudno zamknąć w wyszukanej frazie. Przesuszony naskórek odchodził od ciała, a ja od zmysłów. W tym rozdaniu zgarnąłem dużego strita irytujących doznań od swędzenia do pieczenia.
Co się na plaży zaczęło, w podskakującym wesoło autobusie skończyć się musi. Dwie warstwy uciekającego naskórka później, wymuszony spacer we wzburzonym towarzystwie pogody okazuje się nadzwyczajnie myślorodny. Poniewierające się po zachmurzonym niebie warkocze błyskawic oświetlały roztańczone morze mżawki i odliczającą dni twarz kipiącą niepokojem. Odliczającą dni do dzisiaj. I pal licho przyziemne problemy, błahostki i trwogi!
Raz byłem w życiu szczęśliwszy. Albo dwa.
qrczako 2006-07-11 23:47:46
skomentuj (7)
Są rzeczy wartościowe i jest szpinak.
Przednia to zabawa- hasać za futbolówką po owocowym ogrodzie, narażając się na drwiące spojrzenia i uśmieszki sąsiadów. Na ogrodowej murawie nie wygrywałem z wyimaginowanymi przeciwnikami, szarlatańskim podaniem nie torowałem drogi do gola rozpędzonej śliwie, brazylijską przewrotką nie wysyłałem truskawkowego bramkarza do wszystkich czortów. Nie. Grałem sam, kopiąc, koślawo naśladując drybling, żonglując. Niebotyczną radochę znajduję w takim piłkarskim zdziecinnieniu.
Tak odpowiednio zaprawiony, unosząc kąciki ust niebezpiecznie wysoko, na wszystko zerkałem przez pryzmat buzującej jeszcze we mnie zabawy. Przejąłem więc bez wymówek z rąk maminych pordzewiałą motykę i niczym poszukiwacz skarbów owładnięty gorączką złota porwałem się na grządki i jąłem je spulchniać, choć ja bym to raczej nazwał zawziętym ciosaniem i rznięciem, dalekim, Bogiem a prawdą, od futbolowych przyjemności.
Kiedy już z nieskrywaną ulgą odrzuciłem najeżoną drzazgami grackę, zasmakowałem chwalebnego fachu strażaka. Szlauch, z początku zawzięty i zagmatwany, musiał ustąpić moim gorejącym chęcią psoty dłoniom. I właściwie w tym momencie zaczęła się prawdziwa zabawa, najbardziej zabawowa część wieczoru. Bo kto by grzecznie zraszał rzędy zawstydzonych truskaw i poziomek, kiedy zza bzu prześwitywały przyczajone nogi zacnej mej rodzicielki, prowokując arogancko do haniebnego występku. Szlauchem popłynęła chwila zapomnienia warta wszystkich hultajów, łazęg i tych mniej wyszukanych wyzwisk. Warta niezliczonych salw wodnych przecinających zasypiające nade mną powietrze. Warta przepełnionych infantylnym zachwytem sekund oczekiwania. Warta zimnego prysznica w towarzystwie wesołych skurczów i rozochoconych dreszczy.
Mógłbym napisać, że stałem na podmokłej trawie i, ciesząc się jak głupi do sera, posyłałem strumienie kranówki nad moją rozczochraną głowę. Mógłbym, ale przecież powaga zionie nudą.
qrczako 2006-06-13 01:33:02
skomentuj (15)
Pięć zapachów rządzi światem.
Stojąc w obskurnej łazience, patrząc w spojrzenie kolorowane spiczastymi żarówkami nic tak naprawdę nie widzę. Otępiały nicością układam plany na popołudnie, w przerwach rozkoszując się widokiem spienionych mydlin niknących pod kranem. Co zabawne, nie czuję charakterystycznego zapachu czystych rąk. Powietrze przesiąknięte jest aromatem małej czarnej i małej beżowej z rodzicowych filiżanek się unoszącym. Jednak nie o ten zapach się rozchodzi, nie od niego wędrówkę rozpoczniemy. W kuchni, kilka kroków od łazienki, stoi rzadko używana puszka, puszka w zasadzie dla gości. Od czasu do czasu przychodzi chwila, w której i ja, jak teraz, staję się gościem- przedłużając chwilę niepewności powoli unoszę blaszany pojemniczek, otwieram wieko i znowu mam cztery może pięć lat; znowu jest słoneczny poranek, który blaskiem zatapia małe mieszkanko; znowu dźwięk starego białego młynka elektrycznego przyciąga mnie do mielącej ziarna kawy mamy; znowu wirujący w nosie kawowy podmuch współgra z prześwitującymi przez powieki promieniami, wzbudzając przyjemne uczucie cudownej harmonii. Z delikatnym uśmiechem zamykam skarbnicę doznań powonienia- w ogrodzie czekają obowiązki.
To szkodliwe słowo jest tutaj jak najbardziej nie na miejscu. Nie można mówić o parszywym obowiązku w miejscu, gdzie przyjemne łączy się z pożytecznym. Upraszczając, mowa o koszeniu trawy. Niepozorne nożyki serią piruetów dziesiątkują trawnik, szatkując nieświadome źdźbła i gruchocząc nieestetyczne malinowe badyle. Jednak efektem tej kabotyńskiej rzezi jest tak przyjemny zapach, że nie podobna o nim nie wspomnieć.
Zrzucając z siebie kosiarkowe brzemię, poczyniłem kolejny krok na mym wyimaginowanym szlaku. Sucha chwila uświadomiła mnie, że ciszy przed burzą nie słychać dlatego, że ją wyraźnie czuć. W tym krótkim momencie kończy się pogoda, a zaczyna poezja. Cudowny to czas, ułamek czasu raczej, w którym powietrze bierze batutę i dyryguje swymi podwładnymi gazami, tworząc powalającą kompozycję zapachową. Tylko dlaczego to ekstatyczne doznanie kończy zazwyczaj zimny majowy prysznic?
Wysuszony i wyherbaciały, już trochę machinalnie chwyciłem książkę, lecz czytanie przerwał mi krok czwarty dzisiejszej (ha! wczorajszej właściwie) wycieczki. Nie potrafię ujednolicić, czy to aromat farby drukarskiej, specyficznego papieru, czy zmyślna mieszanka wszystkich ukrytych cech przykazała mi spocząć na moment z, literalnie, nosem w książce.
Pięć zapachów rządzi światem. Czujesz?
P.S. Przepraszam za długość. Tak, umiem liczyć. I nie lubię średników.
qrczako 2006-05-30 21:30:13
skomentuj (10)